Dlaczego gry są coraz droższe

Dlaczego gry są coraz droższe?

  1. Panie, kiedyś to było
  2. A jak z tymi cenami jest dzisiaj?
  3. Skoro zarabiamy więcej to możemy kupić więcej gier
  4. A więc co powoduje wzrost cen gier?
  5. Najbardziej na ceny gier wpływa chciwość

Przyszło nam żyć w takim kraju, gdzie ceny nie są adekwatne do zarobków. Znajdą się tacy, którzy nie zgadzają się z tym stwierdzeniem, ponieważ albo zarabiają powyżej średniej krajowej albo mają bogatych rodziców. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że około 70% rodaków pracuje za niemal minimalne krajowe wynagrodzenie.
Kiedy u nas wysokość wynagrodzenia stoi w tym samym miejscu co kilka lat temu to ceny już niestety nie są na tym samym pułapie co kilka lat temu. Wszystko w koło drożeje (sytuacji nie poprawił też COVID-19 czy też zapowiadana co roku susza) i nic nie wskazuje na to, żeby ten trend miał się zmienić.

Wzrosty cen nie obejmują tylko artykułów spożywczych typu chleb czy papryka, ale dotyka także branżę, tak dobrze nam znaną, czyli branżę gier komputerowych.
Trzeba to powiedzieć głośno – żyjemy w kraju, w którym taniej kupimy ananasa sprowadzanego z drugiego końca świata niż rzodkiewkę dostarczaną przez naszych krajowych pasoży… znaczy się rolników. W państwie z dykty nic nie jest normalne (bo kto by się tutaj spodziewał normalności).
Ale wzrost cen w branży gier nie jest tylko efektem stagnacji naszych wynagrodzeń. Na taki stan rzeczy składa się wiele czynników i wbrew pozorom ten wzrost cen nie jest tak odczuwalny i mimo tego, że gry są coraz droższe, to wydanie na nie większej sumy nie jest takim bolesnym wydatkiem, jak jeszcze kilka lub kilkanaście lat temu.

Panie, kiedyś to było…

No właśnie jak to było kiedyś? Wielu z Was może nie pamiętać, jak wyglądał rynek gier jeszcze 10 czy 20 lat temu. W erze big boxów, gdzie jedna gra nie mieściła się na półce, bo pudełko było zbyt duże, kiedy większość gier nie była tłumaczona na język polski, bo nasz krajowy rynek zbytu był zbyt mały, by mogło się to komukolwiek opłacać.
Wróćmy więc do tej ery, przez niektórych z Was już zapomnianej. Jak wyglądał wtedy rynek gier? Na półkach lądowały wielkie, kartonowe big boxy z grami, które miały swój urok.
Dawna zawartość podstawowej wersji gry, odpowiadała dzisiejszym edycjom kolekcjonerskim. Nie jest to żart.

Panie, kiedyś to było

Podstawowe wydania gier, jeszcze 20 lat temu zawierały takie elementy jak podkładki pod myszki, wisiorki, płyty z muzyką z gry, mapy świata przedstawionego w danej grze, ilustrowane (wielostronicowe) przewodniki po grze i poradniki do niej, bywały także jakieś czapeczki czy koszulki. I wszystko to w cenie podstawowej wersji gry. Czyli dawne wydania gier odpowiadały wypasionym, współczesnym kolekcjonerkom.
Pewnie się zastanawiacie, jakie były ceny gier kiedyś… ceny kształtowały się w zależności od tytułu oraz wydawcy. Najdroższe były gry z gatunku RPG (chyba przez to, że posiadały najbogatsze wydania). Ceny mieściły się w przedziale 79 zł – 129 zł. Rzadkością były gry, które kosztowały 149 zł lub 199 zł – na taką cenę można było liczyć przy okazji premier gier ikonicznych takich jak Baldur’s Gate, Diablo, Planescape Torment itp.

Pewnie powiecie, że cena gry w przedziale 79 zł – 129 zł to prawie darmo. Tyle teraz kosztują produkcje, które przez swoją jakość, powinny być dodawane jako dodatki do gazet. Ale 20 lat temu minimalne wynagrodzenie oscylowało w granicach 1000 zł – 1200 zł i tyle zarabiała większość ludzi. Więc wydatek rzędu 79 zł dało się odczuć bardziej niż dzisiaj. Najtańsza gra, 20 lat temu stanowiła wydatek 7,9% całkowitej pensji, jeżeli mówimy o tej dolnej granicy zarobków, natomiast w przypadku najdroższej gry było to już 12,9% z domowego budżetu. Z jednej strony dużo, a z drugiej mało. Zależy, kto na to patrzył. Ja jako dzieciak uważałem takie ceny za zaporowe, dlatego kiedyś piractwo miało swoje pole do popisu i piraciło się praktycznie wszystko, a giełdy, tydzień w tydzień odwiedzane były przez rzesze graczy chcących kupić grę za 10 lub 20 zł. Fakt, że w tej cenie nie było koszulek i wszystkich tego typu bajerów, ale każdy miał dostęp do tego co było najważniejsze – czyli samej gry. Z dawnych czasów z pewnością na plus zasługują wydania gier – wszystko to, co zawierały edycje podstawowe, jeżeli chodzi o cenę danej gry, to każdy ma inne zdanie na ten temat. Dla jednego będzie to dużo, dla jednego niewiele więc cena jest kwestią indywidualną.

A jak z tymi cenami jest dzisiaj?

Skoro już trochę przybliżyłem dawne czasy, jak to było kiedyś, to zobaczymy jak to wygląda dzisiaj. Każda gra, nawet ta najgorsza, cenowo nie ustępuje dawnym legendom. Jednym słowem mówiąc, dzisiejszy najgorszy szrot cenowo przewyższa dawne tytuły pokroju Diablo czy Baldurs Gate.
Co jeszcze się zmieniło na rynku gier dzisiaj? Jedną z zauważalnych zmian jest brak big boxów. Wszystko uległo minimalizacji. Teraz mamy wszystko w plastikowych pudełkach DVD, w których czasami nawet nie ma płyty z grą tylko sam klucz wymagany do jej aktywacji na stronie producenta. Nie wspominając już o jakichś spektakularnych gratisach. Nawet o podkładce pod myszkę możemy zapomnieć. Kiedyś podkładek pod myszkę posiadaliśmy tyle, ile gier kupiliśmy, bo w większości pudełek był jakiś dywanik dla myszy.

Niewielu jest wydawców, którzy dodają jakiekolwiek gratisy do podstawowych wydań swoich gier – czasami gry ze stajni Bethesda zawierają jakieś dodatki w postaci pocztówek z gry lub pokrowca na dokument (Wolfenstein: The New Order).
Teraz takie wydania zastąpiły kolekcjonerki (oczywiście w edycjach limitowanych), które są droższe od podstawowych wydań o kilkaset %.
A skoro już przy cenach jesteśmy to jak to wygląda dzisiaj? Przeważnie każdy nowy tytuł w dniu swojej premiery kosztuje w okolicach 199 zł. Jest to taka zagrywka psychologiczna, bo 199 zł to jeszcze nie 200 zł więc jakaś tam bariera nie została przekroczona. Nie będę się w to zagłębiał, bo to często omawiany w psychologii temat z tą psychologią cen.
199 zł kosztują tytuły AAA, czyli te najdroższe w produkcji, których budżet, często przewyższa hollywoodzkie produkcje. Mniejsi wydawcy zadowalają się ceną z przedziału 149 zł – 179 zł co i tak jest astronomiczną kwotą biorąc pod uwagę to, co oferują ich produkcje.

A jak z tymi cenami jest dzisiaj

Jak taki przedział cenowy odbija się na budżecie w przypadku zarabiania minimalnej krajowej? Miesięczna stawka minimalna, która obecnie obowiązuje, w zaokrągleniu wynosi 1700 zł (mowa oczywiście o stawce netto, czyli na rękę). Dla ułatwienia obliczeń przyjmijmy równe ceny dla gier AAA, będzie to 200 zł, a dla takich mniejszych gier 150 zł oraz 180 zł. Kupno gry za 200 zł stanowi wydatek niemal 12% całego budżetu (dokładnie 11,77%), a więc niewiele mniejszy udział w budżecie niż 20 lat temu.
W przypadku tych tańszych tytułów to kolejno dla 150 zł oraz 180 zł – uszczupla nasz budżet o: 8,8% oraz 10,6%.
Na powyższym przykładzie widać, że dzisiejsze, nawet te najtańsze gry, bardziej uszczuplają nasz budżet, niż miało to miejsce 20 lat temu. Nie mówię tutaj o tytułach AAA bo te stosunkowo mniej obciążają budżety domowe ale nadal stanowią ponad 10% całego budżetu – a nadal mówimy tylko o jednej grze. Nie wspominam o tym, że jeżeli kilka gier będzie miało premierę w danym miesiącu i wszystkie będziemy chcieli kupić w dniu premiery, to taki wydatek da się wyczuć i to bardzo (mowa o zarabiających minimalną krajową).

Skoro zarabiamy więcej to możemy kupić więcej gier

Z takiego założenia wychodzi większość ludzi, którzy o życiu wiedzą tyle, co zobaczyli w TV albo z opowieści kolegów czy rodziców. Są to ludzie oderwani od rzeczywistości, ale nie przez bogactwo (chociaż może też się tak zdarzyć), a przez zwykłą głupotę.
Problemem jest wzrost płac, a raczej brak jako takiego wzrostu. Wystarczy zobaczyć jaką siłę nabywczą ma dzisiaj pieniądz a jaką miał kiedyś.
Dzisiaj za 10 zł nie kupi się nawet paczki papierosów (choć sam nie palę, to myślę, że to będzie dobry przykład, żeby pokazać jak ceny poszły w górę). 20 lat temu za 10 zł można było kupić paczkę papierosów, butelkę piwa, paczkę chipsów, paluszków, zapałki i jeszcze zostało na gumy do żucia.

Skoro zarabiamy więcej to możemy kupić więcej gier

Co z tego, że na przestrzeni 20 lat nasze zarobki (minimalne) wzrosły o 58%, skoro ceny w sklepach zwiększyły się o 600%? Kiedyś za 100 zł można było zrobić zakupy na cały miesiąc, a dzisiaj za 100 zł nie zrobimy porządnych zakupów na tydzień. Więc to, że ceny najdroższych gier nie odbijają się tak na naszym budżecie jak kiedyś to jednak wszystkie inne przedmioty codziennego użytku drożeją z dnia na dzień a zarobki stoją w miejscu.
Taki sam trend dotyka także gry. Tak jak jeszcze rok czy dwa lata temu 199 zł za grę było ceną maksymalną (mowa tutaj o grach na PC), tak dzisiaj już nikogo nie dziwi, że nowa gra w dniu premiery kosztuje po 229 zł czy też 249 zł. Co z tego, że za miesiąc ta sama gra będzie kosztować 149 zł, skoro każdy chce mieć ją od razu, już, natychmiast i w dniu premiery. Niestety, my jako konsumenci nie robimy z tym nic, aby zmienić sytuację z cenami gier, jakie pojawiają się na półkach.

Więc to stwierdzenie z początku akapitu świadczy o tym, że zarobki może są większe, ale siła nabywcza pieniądza jest dużo mniejsza niż kiedyś. Podsumowując wszystkie za i przeciw i tak nadal jesteśmy w czarnej d… jeżeli chodzi o zachód pod kątem zarobków i adekwatności cen do zarobków.

A więc co powoduje wzrost cen gier?

Ceny gier, tak samo jak innych artykułów z roku na rok stają się coraz wyższe (niestety taki sam trend nie dotyczy zarobków tych najmniej zarabiających). Jest wiele czynników, które powodują taki, a nie inny stan rzeczy. Jednym z nich jest postawa samych nabywców. Wiele wydawców daje swoim produkcjom (w dniu premiery) ceny zaporowe w celu zbadania gruntu pod takie zagrywki i sprawdza, jak taka cena wpłynie na sprzedaż.
Tutaj jako przykład można podać, kolejny raz, gry od Bethesda. Przyjmijmy, że Elder of Scrolls 6 otrzyma już datę premiery, i wydawca stwierdzi, że tak oczekiwana gra i tak zostanie kupiona bez względu na to, jaką cenę ustalą. I idą tym tokiem myślenia – ustalają ceną premierową na 249 zł. Gra w dniu premiery rozchodzi się w milionach egzemplarzy w dniu premiery (akurat ta seria nie powinna mieć z tym problemu, chociaż po ostatnich kompromitacjach tego wydawcy wszystko może być możliwe).

Jakie wnioski wyciąga z takich obserwacji producent? Ano takie, że skoro mimo tak dużej ceny, gra uzyskała tak dobrą sprzedaż to nie widzą sensu, żeby przy następnej produkcji, znacząco opuścić cenę premierową. I tak kolejny tytuł od tego wydawcy zostaje wydany z ceną premierową na poziomie 229 zł – 239 zł i nikogo to już nie dziwi. Skoro ostatnia gra przez nich wypuszczona kosztowała 249 zł, to cena kolejnej produkcji już tak nie szokuje. Przechodzimy z tym do porządku dziennego i stwierdzamy, że tak już musi być (jak te bezmyślne lemingi idące za stadem). Na tym żerują wydawcy. Na ludzkiej głupocie, naiwności i sentymencie do danego tytułu. Nie ma się co oszukiwać, że gdyby powstała czwarta część Wiedźmina gdzie głównym bohaterem ponownie byłby Geralt, to CD Projekt mógłby dać cenę z kosmosu i myślę, że gra i tak sprzedałaby się w milionowym nakładzie. Bo gracze mają sentyment do tej serii to raz, a dwa, że sam producent jest znany z tego, że nie wypuszcza byle czego (ale o tym więcej będzie można powiedzieć po premierze i ograniu Cyberpunk 2077).

A więc co powoduje wzrost cen gier

Pomijam tutaj takie studia jak Blizzard, bo jest to na tyle skompromitowana firma, że nie oczekiwałbym rekordowych sprzedaży przy okazji premiery Diablo IV po tym co zrobili z Diablo III.
Właśnie tacy wydawcy jak Blizzard są idealnym przykładem, jak łatwo można spaść ze szczytu na samo dno i zacząć się na nim urządzać. Kiedyś wzór do naśladowania, dzisiaj przykład do tego jak nie postępować ze swoimi grami oraz jak nie powinno się traktować graczy.

Co jeszcze stoi za tak dużym wzrostem cen gier…koszty produkcji. Co się kryje za tym tajemniczym określeniem? Wszystko, co wpływa na ostateczną kwotę, jaką musi wydać producent w celu utworzenia tytułu. Utrzymanie biur, a w przypadku gigantów mówimy o utrzymaniu całych budynków, w różnych regionach świata. Zespoły pracujące nad grą liczone w tysiącach.
Kiedyś nad grą pracowało kilka do kilkudziesięciu osób. Było kilku programistów, kilku scenarzystów, kilku grafików i tyle. Można powiedzieć, że gry powstawały w przysłowiowych garażach lub wynajętych pojedynczych biurach gdzie dało się upchać cały zespół. Nad dzisiejszymi grami pracują setki programistów, designerów, grafików, scenarzystów, reżyserów gry, reżyserów cut-scenek, specjalistów od motion-capture, księgowi, analitycy i zarząd, który często, liczebnością przewyższa dawne studia gier.
Wszystkim tym ludziom trzeba zapłacić, trzeba przygotować miejsca pracy i przestrzeń do relaksu (jeżeli mają pracować po 12 godzin, a w przypadku obsuwy i całą dobę).

Wszystko to kosztuje niemałe pieniądze. Do tego dochodzą aktorzy, dubbingowcy i inni specjaliści, którzy są pomijani w napisach końcowych. Już dawno koszty produkcji gier przerosły koszty produkcji filmów. Teraz jak słyszymy, że jakaś gra miała 30 milionów budżetu, to co najwyżej wzbudzi na naszej twarzy uśmiech politowania. Gry AAA mają budżety liczone w setkach milionów dolarów.
Taka atmosfera korpo, moim zdaniem zabija w ludziach kreatywność. Poprawność polityczna za bardzo wdziera się do branży i wymusza takie, a nie inne działania, często zwiększając ostateczne koszty produkcji.
Za każdym gigantem stoi także sztab adwokatów i prawników, aby w razie pozwu nie narazić firmy na dodatkowe straty. Są oni opłacani na zasadzie – „czy się stoi, czy się leży to wypłata się należy”.

Wielkie koszty generują także działania marketingowe, które także wpływają na ostateczną cenę gry. Przeprowadzenie międzynarodowej kampanii marketingowej wymaga nakładów setek milionów dolarów i to, producenci także wliczają do końcowej ceny gry. Nikt nie będzie w końcu robił czegoś za darmo. Część z osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że kampanie marketingowe często są dużo droższe niż sama produkcja gry. W końcu trzeba dotrzeć do każdego, a nie tylko do grupy docelowej, tak jak to miało miejsce kiedyś gdzie gry trafiały do ludzi, do których była kierowana gra.
Teraz gry reklamowane są w prasie, telewizji, Internecie i innych możliwych mediach gdzie można dotrzeć do kogokolwiek. Do ludzi, którzy nawet nie są zainteresowani naszą produkcją. W końcu i tak koszty pokryją kupujący (tak dzieje się ze wszystkich i takie myślenie niestety nie omija także branży gier komputerowych). Już dawno przestał to być niszowy rynek, teraz jest to maszynka do robienia pieniędzy, która warta jest miliardy dolarów.

Najbardziej na ceny gier wpływa chciwość

Wcześniej opisane przeze mnie elementy, które wpływają na ostateczną cenę gry, są niczym w porównaniu do ostatniego elementu, którym jest chciwość wydawców. Nikt nie wmówi mi, że gry są coraz droższe ze względu na zwiększające się koszty produkcji opisane przeze mnie wyżej, skoro w 90% przypadków, całe koszty produkcji zwracają się wydawcy w ciągu jednego dnia lub pierwszego weekendu sprzedaży. To jak to można inaczej nazwać jak nie czystą chciwością? Jeżeli ktoś ma jakieś słowa opisujące w inny sposób to zjawisko, to zapraszam do napisania.
Mimo że koszty produkcji są ogromne i rozumiem, że jakoś trzeba na to zarobić, to niech twórcy mówią wprost, że liczy się dla nich dojenie konsumentów i odbiorców, czyli nas – graczy, i chęć jak największego zysku, a nie, że oglądając wywiad z jakimś producentem, narzeka on na to jak wielkie koszty poniosła firma w związku z przygotowaniem danej gry i ile setek milionów dolarów to nie wpompowali w jej produkcję. Nóż w kieszeni mi się otwiera jak przez 20 minut wywiadu słucham takich łzawych tłumaczeń wyjaśniających, dlaczego cena gry jest tak ogromna, a po chwili podsumowując sprzedaż, ten sam producent stwierdza, że całkowity koszt produkcji zwrócił się po 12 godzinach od premiery gry. Jak to się ma do tych wielkich kosztów?

Najbardziej na ceny gier wpływa chciwość

Albo mówi się jedną wersję i się jej trzyma albo mówi się wprost, że liczy się tylko kasa. Skoro gra kosztująca 200 zł, i której produkcja pochłonęła 100 milionów dolarów, zwróciła się w 12 godzin, to co stoi na przeszkodzie, aby zmniejszyć jej cenę, chociażby o 50 zł do 150 zł tak, żeby produkcja zwróciła się po 24 godzinach lub nawet tym jednym weekendzie? Na przeszkodzie stoi tylko i wyłącznie chciwość producentów. Innej, logicznej odpowiedzi na to pytanie nie ma i szybko nie będzie, skoro koszty produkcji zwracają się w kilka godzin po premierze, a reszta to już czysty zysk.

Niestety my jako konsumenci powinniśmy głosować portfelem. Szkoda tylko, że robimy to tak nieudolnie. Działania marketingowe piorą mózgi całym grupom graczy, którzy są zaślepieni popularnością danej produkcji. Nawet gdyby była ona największym szrotem to i tak będą wspierać jej twórców i dawać im zarabiać na swojej głupocie. Gdyby tak jeden i drugi raz nie kupić danej gry po tak dużej cenie to wydawca odniósłby milionowe straty i dopiero wtedy dałoby mu to do myślenia, że coś robi nie tak. A teraz mamy takie zjawisko, że nawet jakby taki Blizzard, zaczął sprzedawać gówno zawinięte w ładny papierek z pewnością zarobiłby na tym miliony bo znajdą się idioci, którzy to kupią i jeszcze będą zachwalać. Tacy fani są niestety najgorszą zarazą branży i dopóki dalej będą robić to co robią to trend zwyżkowy (jeżeli chodzi o ceny gier) zostanie zachowany. Dla producentów i wydawców są oni kopalnią pieniędzy i idealnymi celami do dojenia, ale przez rzesze lemingów, wyższą cenę płacą także świadomi gracze.